Loading ...
Sorry, an error occurred while loading the content.

137446PdD - odsłona VI

Expand Messages
  • Abraxas
    Aug 14, 2006
      Niektórzy (nie będziemy pokazywali palcami), sugerowali, że zostawimy
      naszych czytelników na pastwę losu, o głodzie i chłodzie, bez
      świeżutkiej PdD. Bluźniercy! Oto przed Wami kolejna odsłona. Nie
      ukrywamy, że skład jest nieco gościnny. Wyrazy uwielbienia proszę
      wysyłać tam, gdzie zwykle. Enjoy.



      KS Wandea - FKK Rantiochskie Krasnoludy 2:1

      Poszliśmy na ten mecz bardzo rozochoceni, gdyż po remisie z SKS-em
      Krasnoludy stały się drużyną, której wszyscy się bali, a w
      szczególności ich następni przeciwnicy, czyli KS Wandea.
      Gdy weszliśmy na stadion zobaczyliśmy grupkę kibiców drużyny ze
      stolicy Teutonii. Żywo rozprawiali o jakiejś sprawie, zapewne
      dotyczącej dzisiejszego meczu. Niestety, nie jesteśmy do końca pewni,
      gdyż używali języka krasnoludów.
      Sędzia gwizdnął, mecz się zaczął. Jeden z zawodników KS-u kopnął
      piłkę prosto w głowę spikera. Uderzenie było tak silne, że musiała
      przyjechać karetka i zabrać rannego, i to nie byle jak, Wandejczyka
      do szpitala. Na szczęście uraz nie był tak poważny, a nasz
      nieszczęśnik znalazł godnego siebie zastępcę w postaci chłopca do
      piłek. Chyba wystarczającą rekomendacją będzie, że przy każdym
      nieudanym zagraniu klął i rzucał błotem. Mecz jednak toczył się
      dalej. W 9. minucie doszło do starcia między Rintanen’em a Vlasovem.
      Ten drugi wyskoczył do piłki i gdy odbijał ją głową uderzył
      przypadkowo swojego przeciwnika butem w nogą. Rozwścieczony Krasnolud
      niczym Chuck Norris uderzył swojego oprawcę z półobrotu w twarz. Na
      szczęście obyło się bez pomocy dentysty. Publiczność wnioskowała o
      karę w postaci czerwonej kartki, jednak sędzia dał żółtą. Co było
      tego przyczyną, nie wiemy. W 19. minucie ziściły się prośby
      zawodników Wandejskich – po niewielkich wysiłkach strzelili wreszcie
      gola. Może się Wam wydać to dziwne, ale Krasnoludy ustawiły się na
      linii bramkowej, więc po prostu wbicie gola graniczyło z cudem. Po
      stracie bramki Rantiochianie wyszli w pole, ale niestety, wyglądało
      to tak, jakby zamierzali kopać tam ziemniaki. KS strzelił więc
      następnego gola w 44 minucie. Ale czemu tylko dwa? Czyżby i
      Wandejczycy nie pili dziś RedBulla?
      Zawodnicy wyszli z szatni, gwizdek, zaczynają! Krasnoludy atakują!
      Nic! Znowu! Nic! Kontra Wandejczyków…i… bramkarz łapie! Tak! Teraz
      poczuliśmy się jak na meczu Ligi Miszczów Hokeja Kukulskiego na
      Piasku! Zupełnie jak podczas finału z 99’.
      Ale co to za głupie gadanie! Krasnoludy wyciągnęły ciężką amunicję!
      Tak, Wandejczycy padają na ziemię! Ledwo wytrzymujemy ten zapach,
      choć nasze miejsca znajdują się daleko od murawy. I tak, w tym
      momencie pada gol. On był piękny niczym poranek z wybuchem wulkanu!
      Strzał, prosto w okno, słyszałem ten trzask pękającej szyby! Widać
      było, że Leszek Karachanow przyjechał na ten mecz dopiero w połowie i
      dał porządnego kopa w miejsce gdzie kończą się plecy za zaczynają
      nogi swoim zawodnikom jak i drugiemu trenerowi. Dalej mecz upłynął
      na nieustających kontrach obu stron, niestety już nie widzieliśmy
      goli. Zasnęliśmy.


      KKS Zamek Grodzisk - FC Czarnolas 3:1

      Mecz... Taak... Jeżeli teraz takie widowiska nazywa się "meczami" to
      nie chcielibyśmy zobaczyć jak wygląda "słaby mecz". Całe spotkanie
      wyglądało mniej więcej jak pole bitwy z I wojny światowej, choć
      zakończyło się tylko jedną poważną kontuzją. Żółte kartki wylatywały
      z kieszonki sędziego jak króliki z kapelusza. Mieliśmy też okazję
      obejrzeć w całym w swym majestacie, wydawać by się mogło zabarwioną
      krwią piłkarzy, czerwoną kartkę. Ale przejdźmy do meritum.
      W 15 minucie picia piwa (tak liczyliśmy sobie czas spotkania) na
      murawę wyfrunął pierwszy żółty kartonik. Otrzymał go gracz
      Czarnolasu, za obrzydliwe (tak mniemał sędzia) oplucie kolegi ze
      swojego zespołu. Normalnie nikt nie wnikałby w stosunki jakie panują
      w klubie, jednak widocznie sędzia miał jakieś kompleksy. Co myślą o
      całym zespole z Czarnolasu, gracze KKS-u pokazali w 19. minucie
      strzelając gola. Janek Klose (ksywka w drużynie "Klozet", trybuny
      skandowały jego przezwisko) dobił główkś podanie z rożnego. Bramka
      była kuriozalna, gdyż bramkarzowi z Czarnolasu rozwiązał się but, a
      ten potknął się o sznurowadła. Bosko...
      Tak opytmistycznie nastawieni, ze skrzynką piwa u boku, oglądaliśmy
      dalej co wyczyniali gracze na boisku. I muszę przyznać, że nieźle się
      ubawiliśmy - przypominało to raczej kabaret a nie mecz. Bieganie od
      linii bocznej do linii bocznej za piłką nie jest raczej solą tego
      sportu, ale cóż... Skoro trybunom się to podoba... Aż tu nagle, jak
      grom z jasnego nieba (omal się nie udławiliśmy piwem) gol dla
      Czarnolasu. Nie wiemy kto strzelił (chyba niejaki Leon McGovern),
      gdyż akurat oblaliśmy się piwem, a wcześniej czytaliśmy gazetkę. Była
      23 minuta picia piwa. I mecz płynął sobie tym samym tempem aż do 42.
      minuty picia piwa, gracze z Grodziska podwyższyli swój dorobek
      bramkowy. Strzelał Zdzisław Myśliborski.
      Nie wiadomo co powiedział graczom z Czarnolasu podczas przerwy, ale
      prawdopodobnie coś o pobiciu przeciwnika. Czarnolesianie, jako te
      proste chłopy, wzięli to sobie zbytnio do serca. Jednakże futbol to
      nie hokej i chłopaki za pobicie przeciwnika zgarniali kartki – jedną
      czerwoną i dwie żółte. Szkoda, że sędzia dawał kartki, ludzie na
      trybunach mieli zabawę, skoro samo spotkanie rozrywki nie
      dostarczyło. W 76 minucie KKS znów strzela gola i mamy już 3-1 dla
      zespołu z Grodziska. Z wolnego strzelał Zbigniew Warowski. A
      tymczasem piłkarze z Czarnolasu dalej starali się fizycznie
      wyeliminować przeciwników, co udało im się w 79 minucie. Kamil
      Niedzielan został "oklepany" przez Czarnolesian za plecami sędziego.
      Szkoda, że tego nie widział bo na boisku mogłoby się zrobić czerwono
      od kartek. Poza biciem przeciwników, piłkarze z Czarnolasu wydawać by
      się mogło nie brali udziału w meczu. I tak spotkanie zakończyło się
      całe szczęście o czasie, a my mogliśmy w końcu iść do toalety.


      Graybox Srebrny Róg - RTS Dynamo Czekany 3:1

      Musimy się przyznać, że uwielbiamy eksperymentować w każdej
      dziedzinie życia. Jako jednostki nietuzinkowe, oryginalne i
      niepowtarzalne mamy własny sposób na rozwiązanie niemal każdego
      problemu. Dzisiaj w taki nietypowy sposób zrobiliśmy sobie obiad.
      Otóż wczoraj spożywaliśmy przepyszną pieczoną szyneczkę z takimiż
      ziemniaczkami. Kawałek tego prosiaczka został na dzisiaj, ale
      niestety kartofelki się skończyły. Zamiast lecieć do sklepu,
      zrobiliśmy sobie więc owo mięsko z ryżem i warzywami (świeżymi).
      Okazało się, że był to jeden z naszych najgorszych wyczynów
      kulinarnych, zaraz po czymś całkowicie niezjadliwym.
      Ten mecz był do naszego obiadu bardzo podobny. Gdy wróciliśmy ze
      stadionu, orzekliśmy, że to mecz kolejki, ale na drugi dzień już nie
      prezentuje się tak pięknie. W szczególności bez ziemniaczków.
      W zasadzie jakieś tam emocje były wyłącznie w pierwszej połowie,
      później mieliśmy do czynienia tylko z zacieraniem Dynama. Nie chce
      nam się tych męczarni opisywać. Gra była mocno siłowa, dużo walki w
      środku pola, biegania i kopania po kostkach. Sędzia pokazał aż cztery
      żółte kartki i to bynajmniej nie z kapelusza.
      Bramki jednak padły i to aż cztery. Dziwne, mając na uwadze
      siermiężny, żeby nie powiedzieć przaśny, styl gry. Pierwszego gola
      strzelił Bozic z karnego. Trzy minuty później tej sztuki nie udało
      się powtórzyć Calbhachowi. W 35. minucie Dynamo doprowadziło jednak
      do wyrównania. Bombę z narożnika pola karnego posłał Dermot.
      W drugiej połowie, jak już wspomnieliśmy, Graybox miał przewagę, a
      strzelenie gola było tylko kwestią czasu (i trafienia w bramkę).
      Dokładnie 2 minut, kiedy to Pazura trafił do siatki Dynama. Później
      pudłowali m.in. Głąb, Szczoczarz i Sikala. W końcu, w 66. minucie,
      wynik zamknął strzałem z 5 metrów Górski.


      SKP Lwy Krez - KS Orzeł Czekany 1:2

      Podjechaliśmy pod stadion nowiutkim S.Wagenem klasy S, zaparkowaliśmy
      na strzeżonym parkingu przy stadionie i wchodzimy. Stadion Lwów jest
      naprawdę duży, nowoczesny i w ogóle jak to się teraz mówi „full
      wypas”. Prezes SKP to bogaty człowiek i nie żałuje pieniędzy na
      drużynę, ale ta jakby na złość nie gra za dobrze i jest w dole
      tabeli. Ale wiadomo, pieniądze nawet z amatora mogą zrobić
      najlepszego piłkarza na świecie, co widać było po tym meczu.
      Słychać gwizd, piłka rusza do gry! Podanie, Lwy wychodzą pod bramkę
      Orłów i niezawodny jak na razie w tym meczu golkiper zawodników z
      Czekan broni. Teraz kontra, „pyk, pyk, pyk” i przejęcie, błyskawiczna
      kontra, i znowu nic. Podobny scenariusz powtarzał się cały czas,
      przez co kibice wstawali, siadali, wstawali, siadali i krzyczeli z
      radości i smutku, gdy ich drużyny były w gorszej sytuacji. Nagle z
      zamętu gry wybiega Janek Gozdowski po podaniu Adama Kupki I pokonuje
      Chujebe! Tak! Gooool! Teraz Lwy podrywają się do szaleńczego ataku,
      zamykają rywali w polu karnym! Próbują cały czas, nie dają szansy za
      atak! Grają pięknie i zostają nagrodzeni, przed końcem pierwszej
      połowy pada wyrównująca bramka. Kibice skandują imię strzelca –
      Mariusa Cierzniaka, ale spiker pamięta też o Albinie Wachowskim,
      który w znakomity sposób podał mu piłkę. Połowa kończy się remisem,
      więc można powiedzieć, że mecz zaczyna się od nowa.
      Piłkarze wychodzą na boisko i zaczynają znowu swój piękny teatr.
      Widać po Lwach, że szaleńczy pościg z pierwszej połowy dał się we
      znaki i brakuje im już sił, ale jednak się nie poddają i grają dalej.
      Bardziej szanują piłkę od swoich przeciwników, ale też mają mnie
      strzałów, jak to się skończy? W 65 minucie Orły przejmują inicjatywę
      i ostro atakują, Chujeba w efekcie pozostaje bez szans i godzi się z
      tym, że wpuszcza drugiego gola. Kibice Orłów szleją, ale Lwy nadal
      mają nadzieję na choćby remis. Dopingują swoich pupili, ale ci
      wyglądają już na takich, co w tym meczu prochu nie wymyślą i mecz
      kończy się wygraną Orłów.
      Lwom w tym meczu zabrakło szczęścia, gdyż grali pięknie i każda
      formacja Lwów grała lepiej od tych Orląt, choć pomoc drużyny z Czekan
      grała wyśmienicie i to chyba dzięki nim wygrali. Dla części z nas to
      mecz kolejki. Dla tych dowidzących – całkowity przeciętniak.


      Pentagram Sola - Rotor Precelkhanda 2:0

      Na tym meczu zagościliśmy tylko z powodów służbowych, bo jak przecież
      napisać PdD, gdy nie widziało się spotkań? No cóż, nasz znajomy mówi,
      że się da, ba udało mu się to wiele razy, ale my nie ufamy zbytnio w
      jego zapewnienia.
      Na stadionie Pentagramu, jak zawsze, wiadomo: zadyma, tu kogoś
      zabili, tam zaś ktoś się pociął żyletką. Wiadomo, wyznawcy Czarnego
      Pana. Każdy kibic Rotora obowiązkowo posiadał obrazek z Wandą I jego
      synem Mirthem, zawsze dziewicą. Czemu to miało służyć – nie wiemy do
      dziś
      Sędzia gwizdnął, piłka leniwie poturlała się od nogi Hellmolda do
      Hestera, ten podał ją do bramkarza, ten z bańki do kapitana drużyny:
      Gerbera, ten zaś podał do sędziego liniowego, który wskazał na linię
      autu swoją kolorową chorągiewką… Tak, przydałby się łyk kawy
      piłkarzom, którzy przecież całą noc odprawiali czarcie msze. Na
      nieszczęście kibiców, grajkowie Rotora również coś przyspali, bo
      piłka, którą wyrzucił Simina przeleciała przez całe boisko i turlając
      się dotarła do linii autu. I tam została przez 10 minut, ponieważ
      znudzeni grą piłkarze „pykali” sobie w pokera na pieniądze. Furorę
      zrobił sędzia główny, któremu udało się fartem wkręcić do gry.
      Piłkarze wstali, spojrzeli wrogo na sędziego i… zaczęli grać! I to
      jak! Fakt, przeważał Pentagram, ale Rotor dzielnie się bronił. Te
      strzały, parady, główki, kontry, dośrodkowania! Tylko „achy” i „ochy”
      dla tej części spotkania.
      Rozpoczęła się druga połowa i już tak kolorowo nie było, a
      przynajmniej dla graczy i kibiców Rotoru. Pentagram zaatakował „całą
      parą”, a wiadomo, że z nimi nie ma żartów, więc w 59 minucie Bejãnaru
      musiał skapitulować i Pentagram objął prowadzenie 1:0. W 71 znowu
      gol, też dla „Czarnych graczy”. W tym momencie przestali oni grać
      ofensywnie i cofnęli się do obrony, co też im doskonale wychodziło,
      więc Rotor raczej nie miał szans na zdobycie bramki, choć raz bardzo
      poważnie zagroził bramkarzowi Pentagramu, jednak ten wyszedł z
      opresji obronną ręką. Jeszcze w 89 minucie Ceausilã sfaulował
      brutalnie Hestera, jednak temu na szczęście nic się nie stało. Karą
      za te dzikie wejście była tylko żółta kartka. Sędzia widocznie
      ulitował się nad tym zawodnikiem i uznał, że stało się to przez
      negatywne emocje, które wytworzyły się po tej nieszczęśliwej
      przegranej.
      Na koniec meczu kibice Rotoru wstali z miejsc i skandowali:
      Dziękujemy, dziękujemy! Zauważyliśmy wtedy łzy w oczach kapitana
      Wandów. Widać wyraźnie, że kibice tej drużyny będą z nią na dobre i
      złe.


      Kotwica Srebrny Róg - SKS Podleszcz 2:4

      Wieszczymy: koniec świata jest bliski. To nie żart. Jeżeli usłyszycie
      miarowe, dudniące stąpanie to znaczy, że on właśnie nadchodzi.
      Padnijcie wtedy na kolana i proście o wybaczenie. My natomiast już
      dawno osiągnęliśmy stan boskości, więc te ostatnie chwile ludzkości
      spędzimy upojeni winem w ramionach pięknych kobiet.
      Powiemy Wam, że odebraliśmy kolejny znak z niebios. Tym razem była to
      awaria netu. Od piątku do poniedziałku część z nas była odcięta od
      świata i z wyrazem tępej rezygnacji wpatrywało się w ekran z
      napisem „Nie można wyświetlić strony”. W końcu jednak udało nam się
      pozbierać i w ciągu weekendu nasza postać w Diablo zaliczyła ponad 20
      poziomów. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
      Wracając... A więc kiedy w końcu udało nam się odpalić neta i
      obejrzeć wyniki kolejki, poczuliśmy się nieco nieswojo. W zasadzie to
      było znacznie gorzej – ledwo nas ocucili. A jednak! Podleszcze
      strzeliły w jednym meczu więcej bramek niż we wszystkich
      wcześniejszych i zdobyły więcej punktów niż kiedykolwiek. Na
      pocieszenie – nadal są ostatnie w tabeli.
      W zasadzie po obejrzeniu tego widowiska mamy dwie refleksje.
      Pierwsza, że cuda się zdarzają. Drugie – że Kotwica ma
      część_ciała_poniżej_pleców a nie bramkarza.
      Już po kilku pierwszych minutach było nam nieswojo. Sierotki wyszły
      bowiem w ustawieniu zdecydowanie ofensywnych, a to oznaczało, że
      przyjęły optymistyczne założenie, iż uda im się utrzymać przy piłce.
      Od razu powiemy – nie udało się. Kotwica dzieliła i rządziła na
      boisku. Ale co z tego...?
      Srebrnorożanie próbowali rozgrywać atak pozycyjny, ale SKS grał
      bardzo agresywnym pressingiem, co dość szybko przyniosło wymierne
      efekty. Niemrawą wymianę piłek między obrońcami Kotwicy przerwał
      Kissukwu i popędził w kierunku bramki. W ostatniej chwili piłkę z
      nogi zdjął mu Bronisz. Na niewiele się to jednak zdało. Do
      egzekwowania rzutu rożnego podszedł Kiaga, Zaleski minął się z piłką,
      a do pustej bramki wpakował ją Wait.
      Po tym Podleszcze zrobiły Kotwicy nieco miejsca, która skwapliwie to
      wykorzystała. Pieczołowicie (prawie dziesięć minut!) budowany atak
      pozycyjny dobrym prostopadłym podaniem wykończył Mielecki, piłkę
      przyjął Gamoń i strzelił tuż pod poprzeczkę.
      Niezrażone tym Sieroty nadal stosowały pressing i czekały na okazję
      do kontry. Znów błąd defensywy i znów Kissukwu wpadł w pole karne,
      ale trafił wprost w bramkarza. Odbita piłka wyszła na rzut rożny.
      Znów wykonywał go Kiaga i znów Zaleski minął się z piłką. Upewniliśmy
      się, że nie oglądamy ripleja. Dopadł do niej... Zgadnijcie kto? Tak –
      Wait! I... Gwizdek! Wait padł jak ścięty a sędzia wskazał na 11 metr.
      Zaleski zamknął oczy i rzuciła się w prawy róg. Wstał i zaczekał na
      gwizdek. Zanim zdążył się ruszyć, Nwokike zamieścił piłkę między jego
      nogami.
      Kotwica pokazała jednak, że gra się do końca. W doliczonym już czasie
      gry pierwszej połowy, dłuuuuuuuuugie jak... ekhem... mniejsza z tym..
      nie będziemy zdradzali intymnych szczegółów. W każdym razie to długie
      podanie Suchodolskiego wykończył głową ulubieniec publiczności,
      niejaki Rożen.
      Druga połowa wyglądała podobnie. Na boisku była tylko Kotwica, a
      bramki (dwie) strzelały tylko Podleszcze. Zaleski stworzył kilka
      doskonałych sytuacji, między innymi podając do Kissukwu (poprzeczka)
      i puszczając pod nogą piłkę podaną przez obrońcę (rzut rożny).


      KS Renifery Sola - SS Zielnybor 1:1

      Cieszymy się bardzo, że trenerzy i zawodnicy czytają PdD. Jest nam
      bardzo miło, że biorą sobie do serca nasze uwagi. Fajnie, że się
      starają. Dziękujemy Wam za to. Rozumiemy, że ten mecz jest kolejnym
      wyrazem szykan, które na spotykają. Normalnie jak dzieci. Napisać
      Wam, że nie lubimy przemocy, to zamiast meczu mamy pokaz boksu
      tajskiego. Brak nam słów... Fenks!
      Widać było, że obie drużyny wiedziały po co wychodzą na boisko. Były
      odpowiednio zmotywowane, o czym świadczył zacięty wyraz twarzy. Cel
      był prosty: skopać jak najwięcej przeciwników. Sędzia techniczny
      odebrał zawodnikom pięć kastetów, trzy noże i jeden tasak.
      Zapowiadały się wielkie emocje.
      Swoją drogą o ile Zielnyborowi dziwimy się tylko trochę, że w tak
      niekonwencjonalny sposób próbuje przyciągnąć kibiców (bo swoją nudną
      grą raczej nie ma szans), o tyle Renifery nas zadziwiły. Węszymy
      spisek.
      Na temat samego meczu nie ma się co rozpisywać. Drużyny tak kopały
      piłkę, żeby sobie nie zrobić krzywdy... Hmm... Nie, nie tak. Drużyny
      grały tak, żeby nie strzelić bramki, tylko przeciwnika. I całkiem
      nieźle im to wychodziło. Reniferom lepiej: dwóch Zielnyborzan
      odwieziono do szpitala. Solibieda obejrzał czerwoną kartkę.
      Nie będziemy się rozpisywali na temat tego spotkania, bo szkoda nam
      miejsca na propagowanie czegoś tak żenującego. Dla kontrastu
      moglibyśmy zacząć pisać o sobie, ale nie mamy najmniejszej ochoty
      występować w takim towarzystwie. Dlatego puścimy tu minutę ciszy.


      SKS Srebrny Róg - FC Zielnybor 2:1

      Nie wiecie czemu sypie nam się kablówka? My się domyślamy. Bo pada!
      Wyobrażacie sobie coś takiego? XXI wiek, ludzie się wybierają na
      Marsa, a głupi deszcz powoduje, że ludzie tracą dostęp do sieci i
      martwią się, czy PdD będzie na czas. Ba! To jeszcze nic! Jak jest
      burza to nie mamy netu! Bez netu, bez kablówki. Dobrze, że chociaż
      światło jest.
      Chociaż nie. W kuchni ostatnio nie było, tylko w lodówce. Wszystko
      się sypie. Taką tandetę teraz robią. Ten mecz też był lipny. Jakiś
      taki dęty. Niby dużo strzałów, akcji a wynik, że szkoda gadać.
      Pierwsza połowa w wykonaniu obu zespołów była raczej elektryczna... E-
      e.. .Statyczna. Znaczy to, że nic się nie działo. Piłkarze próbowali
      rozłożyć leżaki i sączyć drinki z palemką, ale ok. 30. minuty spadł
      deszcz, który pokrzyżował im plany. Nieśmiało, jakby speszeni,
      zaczęli się ruszać, biegać, trącać futbolówkę. W końcu jednak z rzutu
      wolnego Wachowski trącił piłkę tak nieszczęśliwie, że ta odbiła się
      od Żurawskiego i wpadła do bramki SKS-u.
      Srebrnorożanie natychmiast się rozpłakali, a Białobrzeski nawet upadł
      na murawę i zaczął wściekle bić ją rękoma i nogami. Przeleżał tak do
      końca meczu. Zielnyborowi chyba zrobiło się trochę głupio, bo przez
      całą drugą połowę, skwapliwie oddawali piłkę przeciwnikom. Ci jednak
      najczęściej kopali ją przed siebie i śmiejąc się głupkowato, biegli w
      przeciwną stronę.
      Dobrą zabawę postanowili zepsuć Kucharski i Kolaczkowski. Ten
      pierwszy perfidnie trafił w bramkę po kopnięciu Męczywora, a drugi –
      bezpośrednio z rzutu wolnego.
      Tym razem płakali wszyscy: Zielnybor, że przegrał i SKS, że zepsuto
      mu zabawę. My też płakaliśmy. Ze śmiechu.


      --
      Czółnem,
      PdD

      ----------------------------------------------------
      Najnowsze odkrycie światowej muzyki- smacznej i snobistycznej.
      Wschodząca gwiazda, wybitnie utalentowana Sophie Solomon
      wraz z zespołem w Warszawie!!
      http://klik.wp.pl/?adr=http%3A%2F%2Fadv.reklama.wp.pl%2Fas%2Fsophie_solomon_w_fabryce_trzciny.html&sid=846
    • Show all 2 messages in this topic